Anielka – rycerz, żebrak, informatyk

Wielu zastanawia się nad tym jakim sposobem powstała taka „wybuchowa” mieszanka, której manifestacja przejawia się w mojej historii. Kilkoro znajomych posiwiało i nabawiło się zapewne bezsenności rozmyślając nad nietypowym jak na mężczyznę przydomkiem „Anielka”, z którym się utożsamiam, a który wielu moich rozmówców i czytelników skłania do przemyśleń nad moją seksualnością. Postaram się w niniejszym „tworze literackim” nieco przerzedzić mgiełkę tajemnicy otulającą moje „podwójne życie” speca – komputerowca i mistrza gildii żebraczej.

Informatyk

Dawno, dawno temu, w czasach gdy bramy Krakowa zamykano na zamki błyskawiczne, a Smok Wawelski jeździł po świecie Fiatem 508 w poszukiwaniu doktora Baltazara Gąbki, dorastał sobie w spokoju i wśród drzew pewien chłopiec… Jego rodzice, jako że nieźle sobie radzili w realiach życia w cieniu wielkiej stalowej żyletki, zwanej przez niektórych kurtyną, w prezencie z okazji urodzin sprawili malcowi komputer „z zachodu”. Urządzenie owo – pomimo tego, iż zostało zakupione w „szarej strefie” – sprawiło chłopcu wiele radości. Był to sprzęt nieprzeciętny – Commodore C64 w wersji drugiej – z procesorem : MOS Technology 8500. Oś zainteresowań chłopca szybko przesunęła się z gier w stronę prostych „aplikacji” pisanych w języku BASIC……

Tak narodziła się we mnie pasja programistyczna, którą rozwijałem przez lata, mając okazję zetknąć się z takim sprzętem jak Atari 800XE, Commodore 128, Amiga 500/600/1200, Commodore PC (klon IBM z procesorem 8088 i 16bitową architekturą), ZX Spectrum, Amstrad PCW8512 oraz Apple II.

Od wielu lat korzystam z typowego PC raz na jakiś czas „tocząc boje ogryzkami”.

No tak, ale co to ma wspólnego z rycerstwem i (o zgrozo) żebraniem?

Chłopiec dorastał, wolne chwile spędzając na czytaniu fachowej literatury pokroju „Bajtka” czy „Commodore&Amiga”. Znajomi z osiedla biegali za piłką, a ten opanowywał przetwarzanie danych wczytanych z taśmy i ponowny ich zapis, starał się zrozumieć „tajniki kodu maszynowego” prezentowanego w długich listingach przedstawianych jako przykłady artykułów z ulubionych gazet i pisał do gazetki szkolnej artykuły związane z programowaniem w BASICu. Z czasem komputery i literatura zmieniały się, jednakże młodzieńcowi to nie przeszkadzało. Zawsze starał się poszerzać swoją wiedzę, więc „liznął” elektroniki, a zmiana komputera była zaproszeniem do nauczenia się nowych technik i języków programowania.

Rycerz

Pewnego dnia, a było to w pierwszej klasie liceum (jeśli mnie pamięć nie myli), by pointegrować się z nowymi kolegami nasz bohater zaproponował wspólny „wypad” po szkole celem zwiedzenia zamku mieszczącego się w jego rodzinnej miejscowości. Propozycja spotkała się z powszechnym uznaniem, jednak na miejsce dotarła połowa klasy, a zwiedzać wraz z chłopcem zdecydowały się dwie osoby. Zamek i historia interesowały chłopca od kilku lat, jednak nigdy nie zwiedzał budowli „samotnie”. Nie da się wynieść zbyt wiele z wycieczki organizowanej przez szkołę podstawową – najważniejsze było bowiem chodzenie w parach, zachowanie absolutnej ciszy i nie przekomarzanie się z innymi w grupie. Tym razem nie była to jednak wycieczka szkolna. Młodzieniec chłonął atmosferę tego magicznego miejsca i po zakończeniu wycieczki odczuwał spory niedosyt. Zapadła decyzja – trzeba bardziej zainteresować się średniowieczem! Jak postanowił tak zrobił. Porozmawiał z właścicielem zamkowej karczmy o tym, że chętnie spędziłby na dziedzińcu więcej czasu, ale nie jako gap, lecz jako „część większej całości”. Z owej rozmowy wykrystalizowała się myśl założenia bractwa rycerskiego. Młodzieniec przyjął przydomek „Kościeja”, rozpoczął treningi, poznał zasady działania maszyny do szycia.

Początki były udane, ówczesny właściciel karczmy zamkowej zgodził się ze mną, że przydałoby się tchnąć życie w zamkowe mury. Nie wiem, czy pomysł założenia bractwa został przyjęty ze względów marketingowych (więcej atrakcji = więcej potencjalnych klientów) czy też z pasji przejawianej przez jegomościa. Dość szybko znalazła się grupka pasjonatów, w dużej mierze zaciągniętej przeze mnie i moich znajomych, która zawiązała Chorągiew. Bractwo rozwijało się prężnie, a dzięki kontaktom karczmarza szybko uzbroiło się i przygotowało pierwszy turniej. Mieliśmy chorągiew pieszą i konną, oddział łuczniczy i „grupę najemników”. Pojawiły się zaproszenia na turnieje i zawiązały pierwsze przyjaźnie, z których część trwa po dziś dzień. Przyjaźnie te zaciągnęły mnie ku pięknemu miastu Opole, w którym po „zmianach personalnych” w będzińskim bractwie zostałem entuzjastycznie przyjęty.

Kościeja walczył mężnie na polach Grunwaldu, w wielu bitwach i bohurtach, uczestniczył w turniejach rycerskich oraz łuczniczych, wciąż doskonaląc władanie mieczami, toporami, młotami a także trenując łucznictwo. Niestety po kilku latach – podczas jednego z treningów przed kolejnym pokazem – miał miejsce wypadek. Pękł pas od tarczy, ostrze partnera przebiło się pod płat zbroi zatrzymując na obojczyku rycerza „Kościei”. Wypadek okazał się być w skutkach o wiele bardziej poważny niż początkowo się wydawało. Obojczyk nie wytrzymał siły uderzenia i złamał się w dwóch miejscach, dzieląc kość na troje. Środkowa część owej siłą nacisku wbiła się w tkankę mięśniową i prawem sprężystości została wypchnięta poza bark rycerza…

Nie było tak źle – przynajmniej ja tak uważam, inna sprawa, że galopowałem na koniu i ostatnią rzeczą, którą pamiętam nie jest ból lecz koński zad. Potem „urwał mi się film”, jednak pod wpływem szoku bądź adrenaliny zebrałem kość z ziemi, odprowadziłem konia do stajni i dotarłem do szpitala.

Mnich

Bohater naszej opowieści jest uparty i po operacji, podczas której skręcono mu obojczyk śrubami w liczbie sztuk pięciu postanowił jechać na turniej rycerski. Organizm jednak wie, co dla połamanego dobre, toteż rycerza przeciął ostry ból z chwilą gdy chciał zdjąć tarczę ze ściany swego pokoju. Zrozumiał, zaciskając zęby i klnąc pod nosem, że to już nie dla niego, a lekarze, którzy radzili nie nadwyrężać ręki, mieli rację. Jednak chęć życia „w równoległym wymiarze”, w którym damy noszą giezła i suknie, głowy ozdabiając trenami i wieńcami, a mężczyźni walczą i biesiadują, delektując się winem i pitnym miodem, była silniejsza. Wiedział, że nic nie powstrzyma go przed wyjechaniem na ten turniej, spotkaniem się z przyjaciółmi oraz „zanurzenie się w średniowieczu”. Rozejrzał się po pokoju, znalazł sporą połać szarego płótna lnianego i sznur. To wystarczyło – „uszyję sobie mnisi habit!” pomyślał i niezwłocznie wziął się do pracy. Po godzinie szata była gotowa, a młodzian miał jeszcze kilka minut do odjazdu pociągu…

Dotarł więc Kościeja na turniej, nie mógł walczyć, nie mógł budować zmyślnych konstrukcji, łuk był dla niego wyzwaniem… mnisia szata nie przeszkadzała jednak nikomu i mógł… tańczyć! Kościeja poza sztukami walki ukochał sobie tańce dawne, teraz miał czas by zająć się właśnie tym. Na turnieju – by być „użytecznym” – uczył gawiedź wymachiwać nogami w takt medivalnej muzyki. słowem „mnich się przyjął”. Był to ostatni turniej sezonu, więc szata zawisła na kołku na niespełna rok, a „kościeja” wrócił do normalności – komputerów, nauki, znajomych.

Minął rok, a z każdym kolejnym dniem, tygodniem i miesiącem zbliżał się czas „rycerskiej twarzy” naszego bohatera. Skontaktował się z chirurgiem, by dowiedzieć się na ile może sobie pozwolić i okazało się, że walka jest wykluczona, ale nie jest tak tragicznie i może o wiele więcej niż tylko tańczyć – może wspinać się, używać młotka i piły, słowem może pomagać przy organizacji turnieju. Pojechał więc do swych braci i sióstr z Opolskiego Bractwa Rycerskiego, by pomóc w przygotowaniach do dużego turnieju. Po kilku dniach przygotowań w przeddzień turnieju habit był brudny i nie było jak go doczyścić z żywicy i piachu. Na dodatek został „Kościeja” przydzielony do służby wartowniczej.

Praca była ciężka, ale nic nie pobudza mężczyzny do działania tak jak wyzwanie. Pomimo protestów obojczyka robiłem ile mogłem, a nawet jeszcze więcej, by impreza była udana. Jechałem tam jako „opolanin”, po kilku miesiącach na ponów spotkać przyjaciół, by zrobić razem coś pięknego i świetnie się bawić – słowem nie oszczędzałem się zbytnio. Pod koniec tego szalonego tygodnia wszyscy byliśmy zadowoleni z efektów naszej pracy. wszystko było dopięte na ostatni guzik przed przyjazdem pierwszych turniejowych gości, co bardzo nas cieszyło. niestety mnisie ciuchy ucierpiały na tym – nie miałem zapasowego stroju mnicha, a nie chciałem biegać w „plebejskiej” koszuli i nogawicach, bo te drugie podarły się podczas skakania po gałęziach w celu zamontowania oświetlenia.

Wieczór zapowiadał się wesoło, wszyscy szykowali się do biesiady przedturniejowej, której tradycyjnym celem jest pozbycie się aluminiowych pojemników na napoje, które to pojemniki zostały wymyślone w okolicach końca prohibicji w USA na początku trzeciej dekady zeszłego wieku, więc zecydowanie wiele lat po wynalezieniu druku przez Gutenberga, upadku Cesarstwa Bizantyjskiego, dotarciu Kolumba do Ameryki czy też wystąpieniu Marcina Lutra, które to wydarzenia uznawane są za daty „końca średniowiecza”. Jedynie kilka wyznaczonych do warty osób zachować miało bezwzględną przytomność do czasu zakończenia służby wartowniczej. Znając od lat te zasady wartowników, „Kościeja” wybrał sobie pierwszą zmianę przy bramie głównej – jedynym miejscu, w którym mały szanse dziać się jakieś ciekawe rzeczy podczas pięciogodzinnej warty i – co równie istotne – wystarczająco daleko od obozu, by odgłosy trwającej „biesiady” nie zakłócały służby. Była to niezwykła noc, niebo lśniło milionami gwiazd, drogą biegnącą wzdłuż skansenu w Bierkowicach praktycznie nie przejeżdżały żadne samochody. Raz na jakiś czas zdarzali się jednak młodzi ludzie zainteresowani niezwykłym widokiem rycerstwa (i mnicha) przed bramą skansenu. Niektórzy w milczeniu szli dalej, inni komentowali w niewybrednych słowach ten widok, jeszcze inni podchodzili, wypytując co się dzieje w skansenie, co tu robią „przebierańcy” i pragnąc dowiedzieć się więcej na temat zbliżającej imprezy. Ten „wzmożony ruch młodzieży” związany był z odbywającą się niedaleko dyskoteką lub innym dansingiem. „Kościeja” miał włosy długie, w półmroku habit wyglądał jak suknia, a z pewnej odległości patrząc na „mnicha” można było go posądzić o bycie kobietą. tak też postrzegały naszego bohatera dwie młode dziewczyny, które po wymodelowaniu włosów, wypudrowaniu się, zakryciu wszelkich niedoskonałości natury wyraźnym makijażem oraz wybraniu odpowiednio rzucających się w oczy i równocześnie wyzywających oraz skąpych strojów podążały tamtędy na rzeczoną potańcówkę…

Dziewczęta, choć epizodycznie pojawiają się w tej historii zapoczątkowały lawinę wydarzeń, które miały nastąpić w przeciągu kilku kolejnych godzin i które odmieniły wizerunek „Kościei” na zawsze. Otóż owe niewiasty, zapewne nasycone już w stopniu znacznym etanolem, postanowiły widok skomentować. Jedna z nich „półkrzykiem” poinformowała drugą o swojej opinii, a szło to mniej więcej tak:

– Patrz, jaka szmata, ja bym się tak w życiu nie ubrała.

Usłyszeli to wartownicy, którzy dość szybko podchwycili pomysł przyjacielskiego nazywania „Kościei” mianem „szmaty”. „Kościeja” miał jednak na ten temat inne zdanie, którego bronił na poziomie odpowiadającym zachowaniom ludzi cywilizowanych. Warta dobiegła końca, a „opowieść o szmacie” dotarła wraz z grupą kończących służbę wartowników do obozu i rozeszła się szybko między biesiadnikami. „Kościeja” przystąpił do rytualnego pozbycia się aluminium z bagażu, toteż uwagi typu „ty szmato” doprowadziły w końcu do bójki, która bardzo szybko ukróciła temat. Rozpoczęły się dywagacje na temat „co z tą szmatą zrobić”. Padło wiele sugestii jak „Kościeję” nazywać, by nikogo nie obrażać i tak rozpoczął się kolejny temat biesiady – „jak nazwać mnicha”. Propozycje padały przez kilkadziesiąt minut, praktycznie do samego końca biesiady. Kolejne pomysły to „szmatka”, która spotkała się z dezaprobatą naszego bohatera i „lnianka”, która może była by i dobra, ale niech ktoś po kilku głębszych to wypowie. „Lnianka” wywodzić się miała od lnu, z którego habit został skrojony i przez dłuższą chwilę każdy, kto jeszcze był w stanie próbował się z tym słowem, aż padł koncept, by z lnu zrobić flanelę – zawiązał się ruch na rzecz nazywania mnicha „flanelą”, z czasem – ponoć w celu dostosowania przydomku do łagodnego charakteru jego właściciela – przybrano formę wyłagodzoną, czyli „flanelka”. Na tym impreza się zakończyła i przyszedł czas na sen.

Impreza, ze względu na turniej rozpoczynający się w południe następnego dnia, nie trwała do „pierwszego piania koguta”. Była jednak „co nieco zakrapiana” piwem. Nazywanie kogoś „szmatą” nie leży w mojej naturze – uważam to za dość niestosowne zachowanie i umiejscawiam wraz z cięższymi przezwiskami i wulgaryzmami w słowniku przeciętnego kloszarda. Być może wtedy zbyt emocjonalnie zareagowałem, być może wpływ na mnie miało ekstremalne zmęczenie po ciężkiej fizycznej pracy minionych dni – do dziś, gdy o tym rozmyślam, nie potrafię wyjaśnić dlaczego zareagowałem w taki właśnie sposób. Na co dzień jestem osobą bardzo pokojową, a wszelkie konflikty staram się rozstrzygać na płaszczyźnie dialogu. Również w stanie „odmiennej świadomości” nigdy przedtem i nigdy później nie wykazywałem skłonności do przemocy fizycznej. Sytuacje w których dopuszczam przewagę brutalnej siły nad siłą argumentów to obrona siebie i słabszych oraz walka turniejowa. W tym drugim przypadku z użyciem niezbędnego sprzętu ochronnego.

Odprawa odbyć się miała o godzinie 8:30, jednak potworny ból głowy dowódcy spowodował kilkudziesięciominutowe opóźnienie. Podczas odprawy każdy członek bractwa dostał swój przydział. Widać było zmęczenie i ból na twarzy niemłodego już dowódcy, widać było również walkę, którą toczył z samym sobą, by dokończyć przydzielanie zadań. Gdy zostało już kilka tylko stanowisk do obsadzenia, walkę ową zaczął przegrywać, co zaowocowało częstym masowaniem skroni oraz wzmożoną gestykulacją.

– Ty! zajmiesz się przygotowaniem posiłków. Ty!, tak ty tam za nim! no ty w niebieskim będziesz dowodził artylerią podczas inscenizacji. I jeszcze ten, jak mu tam – wskazał palcem na mnicha – kurczę jak to było… Wiem „ANIELKA”! ty będziesz dowodził strażą! Rozejść się.

Ku zdziwieniu dowódcy żaden z oficerów nie odszedł natychmiast – zamiast tego pomiędzy zabytkowymi budynkami dało się słyszeć salwę gromkiego śmiechu. najgłośniej śmiał się „Anielka”.

„Anielka” ciągnie się za mną od roku pańskiego 2003 po dziś dzień. Lubię tę ksywkę, dobrze do mnie pasuje i wśród setek „Łysych”, „Kudłatych”, „Chudych” i „Młodych” ta jest o wiele lepiej rozpoznawalna wśród znajomych. W tym miejscu pragnę pozdrowić obydwóch „Łysych”, „Kudłatego”, „Chudego” i wszystkich trzech „Młodych”, którzy znajdują się w mojej książce adresowej ;> Wróćmy jednak do naszego opowiadania – został nam przecież jeszcze jeden aspekt mojego życia…

Żebrak

Sezon A.D. 2003 rozpoczął się wielkim sukcesem, a określenie „Anielka” zostało przypięte do dawnego „Kościei”. można rzec, że wręcz zepchnęło swojego poprzednika w czeluści zapomnienia. Anielka podróżował z przyjaciółmi po kraju starając się odwiedzić jak największą ilość turniejów równocześnie planując przejazdy tak, by „wszędzie zdążyć” i spotkać jak największą liczbę przyjaciół i znajomych.Dwa – trzy miesiące bez pralki i z utrudnionym dostępem do bieżącej wody wydaje się być czymś niewyobrażalnym dla człowieka żyjącego w XXI wieku, jednak dla naszego bohatera nie jest czymś strasznym. Podobnie jak inni rycerze i pasjonaci miał na te niedogodności swoje sposoby. Kilka par średniowiecznych gaci, codzienny prysznic i ciuchy wierzchnie mogą być nieco przybrudzone. Niestety chłopak nie przewidział, że nie będzie miał średniowiecznych spodni – nogawice się podarły. Skazany był więc na tułaczkę w przebraniu mnicha lub „po cywilu” przez cały okres wakacji. Cywilne martensy i jeansy raczej można było skreślić z listy strojów turniejowych, więc pozostał habit. Nasz bohater postanowił, że na przyszły sezon uszyje sobie nowe ciuchy, a te przeznaczy na szmaty do podłogi. Gdy było „źle” ta właśnie myśl pomagała mu „przetrwać”. Z tego też powodu nie oszczędzał zbytnio stroju, który podarł się w kilku miejscach, był poplamiony różnymi tłuszczami i trunkami. Pewnego dnia stanął przed dużym dylematem: pojechać na jeszcze jeden turniej czy za resztę miedziaków z sakwy kupić bilet do domu. Wybrał to pierwsze. Podczas imprezy ktoś podsunął mu pomysł, że mnisi prowadzą kwesty i być może w ten sposób uda mu się „uzbierać na bilet”. Poszedł więc Anielka do organizatorów imprezy, przedstawił swoje argumenty za, umówił się, że część kwoty zostanie przekazana dla organizatorów lub na nagrody i pozwolenie uzyskał. Kwesta nie szła „wybitnie”, a że nasz bohater posiada specyficzne poczucie humoru postanowił zbierać datki do misy z której jadł posiłki i odtwarzać przy tym mnicha w stylu „świętego graala”. Śmiechu było co niemiara, jednak pieniądze dość często wysypywały się z misy i trzeba je było zbierać z ziemi. Podczas jednego z takich „zbierań” ktoś idący właśnie oglądać co się w jego mieścinie dzieje krzyknął do znajomych zachwycony klimatem rycerstwa i tańczących niewiast:

– Patrzcie! Mają nawet żebraka! Super!

Anielka podchwycił ten pomysł i na wpół zgięty podszedł do wesołka mówiąc

– Wspomóżcie Panie biednego jałmużną.

Mężczyzna sięgnął do portfela i wrzucił garść dwuzłotówek do niemalże pustej miski.

Tak narodził się Żebrak „Anielka”.

KONIEC.(no prawie)

Okazało się, że mnisia kwesta nie była najtrafniejszym pomysłem, jeśli chce się szybko uzbierać jakąś sumę, mieć przy tym dużo zabawy i równocześnie nie być postrzeganym jak wspomniany wyżej kloszard. Natomiast jako żebrak Anielka stał się z czasem swoistą ikoną – nikt nie robił tego „profesjonalnie” przede mną, stałem się powszechnie w ruchu rycerskim rozpoznawalny i lubiany. Zawsze starałem się pomagać rycerzom w potrzebie, a większość wyżebranych kwot przekazywałem na poczet biesiad turniejowych i/lub na naprawę sprzętu, który w trakcie turnieju uległ uszkodzeniu. Nie mojego sprzętu. uważam, że żaden pieniądz nie śmierdzi, a turnieje są organizowane „ku uciesze gawiedzi”, w związku z tym zebrałem kilku swoich naśladowców i założyliśmy „Gildię Żebraczą Archaniołki”, której statutowym obowiązkiem było kwestowanie na turniejach i oddawanie połowy zysków na rzecz organizatorów imprezy. Reszta rozchodziła się pomiędzy członków gildii, szła na zakup sprzętu i dojazdy na imprezy. Było zabawnie i wiem, że w sercach wielu pozostanę do końca życia pozytywnie zakręconym, poczciwym i wielkodusznym żebrakiem z wyboru. Jako, że rycerzy na turniejach jest wielu, damy pojawiają się najczęściej w grupach, a żebrak był jeden, oraz zważywszy na fakt tego, że rycerze są w szrankach, a żebrak przeciska się wśród gawiedzi często byłem zapraszany do wspólnych zdjęć, zagadywany bądź proszony o opowiedzenie jakiejś historii. Czasem również udzielałem wywiadów – nie byłem takim „zwykłym” rycerzem. Szatę, która przez dotyk nabawiła się określenia „anielka” (ponownie przejaw zakręconego humoru z mojej strony), posiadam do dziś, i gdy tylko znajduję czas by wyjechać na jakiś turniej zawsze biorę ją ze sobą. nie paraduję w niej jednak cały czas – robię to tylko na specjalną prośbę kogoś z grona moich przyjaciół bądź organizatorów imprezy.

Poniżej zamieszczam jeden z artykułów, który odnalazłem w sieci na mój temat.

Żebrak z wyboru, informatyk z pasji

Opolan zaczepiał w piątek na rynku nienachalny żebrak. Odziany był w łachman najniższego sortu. Przez pół dnia przemierzał opolski Rynek na bosaka, nieco później przywdział podarte skórzane onuce. Zabiedzony wygląd i łachmański przyodziewek wzbudzały litość, toteż szybko wypełniał się pojemnik, do którego zbierał datki.

Wdzięczność wyrażał żebrak mężom, padając do kolan, a damy, które wspomogły go jałmużną, całował po stopach. Ten najniższy społecznym statusem członek opolskiego bractwa rycerskiego był kiedyś mężnym wojem. – Ale niestety, na treningu oberwałem mieczem i strzelił mi obojczyk – wyjawia swą tajemnicę Bartosz Zawadzki, który przez pozostałych rycerzy nazywany jest Anielka. Wypadek zdarzył się trzy lata temu i Zawadzki, by nie rezygnować z uroków życia w rycerskiej wspólnocie, przekwalifikował się na żebraka. – Przyzwyczaiłem się do tej roli, ma ona pewne uroki, między innymi procent od wyżebranej jałmużny, ale czekam chwili, w której lekarz pozwoli mi wrócić do miecza i tarczy – zapewnia Bartosz, który gdy nie pełni roli najniższego stanem członka rycerskiego bractwa, zamienia się w informatyka. Przyznaje, że na co dzień nie musi żebrać. – Ale i tak najbardziej kręci mnie rycerski świat – kończy.

Oryginalny tekst został opublikowany 22 kwietnia 2005 roku w „Gazecie Opolskiej”. Można go przeczytać w serwisie www.gazeta.pl